Naturalność, która przyciąga spojrzenia
Gdyby nie on, pewnie wciąż farbowałabym włosy. Mój kolega fryzjer spojrzał na mnie uważnie i zamiast zaproponować pokrycie odrostu i powrotu do bycia klasyczną blondynką, powiedział tylko: „Masz niesamowity, srebrny odcień. Zostaw to”. Zostawiłam. I bardzo szybko okazało się, że była to jedna z tych decyzji, które robi się bez wielkich deklaracji, a które po prostu działają.
Wizaż, stylizacje: Agnieszka Ogrodniczak
Zdjęcia, stylizacje: Ewa Bernaś
Od tamtej pory nie słyszałam ani jednego przykrego komentarza. Wręcz przeciwnie – regularnie słyszę zachwyty i pytania o farbę, markę, technikę. Ludzie są szczerze przekonani, że to efekt pracy fryzjera, a nie natury. Najbardziej zapadają mi w pamięć komplementy zupełnie nieoczywiste: że wyglądam jak bohaterka z anime albo że mam wiedźmińską urodę. I to właśnie lubię najbardziej – te włosy nie wpisują się w żaden schemat. Są chłodne, srebrne, charakterne. Po prostu inne.
Nie traktuję tego jako manifestu ani życiowej deklaracji. Lubię zmiany i nie wykluczam, że kiedyś znów sięgnę po farbę. Na razie jednak naturalny kolor wygrywa wygodą – bez presji odrostów, bez planowania wizyt, bez ciągłego kontrolowania własnego odbicia w lustrze. To styl, który pojawił się mimochodem, ale został, bo pasuje.
I nie jestem w tym odosobniona. Bohaterki tego tekstu – kobiety w różnym wieku, z różnymi doświadczeniami i zupełnie innymi drogami – również odkryły, że siwizna może być atutem. Dla jednych była efektem pandemii, dla innych zmęczenia farbowaniem albo zwykłej ciekawości. Łączy je jedno: każda z nich w pewnym momencie zobaczyła w naturalnych włosach nie coś do ukrycia, lecz element stylu, który pozwala się wyróżnić i zostać zapamiętaną.












